Dragon’s Crown Pro – recenzja gry. Efektowny powrót biuściastej czarodziejki

Vanillaware to małe, niespełna trzydziestoosobowe studio z Osaki, które wyspecjalizowało się w produkcji dwuwymiarowych gier RPG. Weterani sceny PlayStation 2 z pewnością pamiętają taktyczne GrimGrimoire czy cudowne Odin Sphere, z kolei wielu posiadaczy Wii oraz Vity zapewne miało przyjemność zagrać w efektowną Muramasę. Nie licząc doskonałego remake’u Odin Sphere o podtytule Leifthrasir sprzed dwóch lat, ostatnią pozycją stworzoną przez studio było Dragon’s Crown, debiutujące w połowie 2013 roku na starszych systemach Sony. Zanim jednak zapoznamy się z kolejną perełką spod dłuta Vanillaware, będąca wydawcą gry firma Atlus przygotowała ulepszony pier “Smoczej Korony” na PlayStation 4.

Czary-mary i cyc jak malina

Dragon’s Crown Pro, pomimo ceny ustalonej na poziomie nowości z segmentu AAA, w żadnym wypadku nie jokingly pełnoprawnym remake’iem pięcioletniego tytułu z PS3 i Vity, jak chociażby wspomniane w tekście Odin Sphere Leifthrasir, lecz nieznacznie ulepszoną wersją dobrze znanej gry, przystosowaną do możliwości ostatniej konsoli Sony. Biorąc pod uwagę konwencję oraz styl graficzny, nie powinno być dla nikogo wielkim zaskoczeniem, jeśli napiszę, że dzieło Japończyków świetnie zniosło próbę czasu. Autorzy pełnymi garściami czerpali z takich klasyków dwuwymiarowych beat’em up-ów, jak Golden Axe czy Guardian Heroes, akcję gry osadzając w realiach fantasy. Pierwsze, na co zwracamy uwagę po ujrzeniu ekranu tytułowego, to karykaturalny wygląd większości postaci. Nienaturalnie duże piersi ponętnej czarodziejki, absurdalnie umięśniona amazonka czy też niedorzeczne stroje kobiecych bohaterek drugoplanowych mogą zniesmaczyć niektóre osoby, które (całkiem slusznie) odbiorą pattern postaci jako tani chwyt marketingowy, jednakże celem twórców w pierwszej kolejności była próba sparodiowania konwencji zachodniego RPG. Co by nie napisać, dzięki temu Dragon’s Crown wyróżnia się na tle konkurencji. Lecz nie tylko dlatego. Pod płaszczykiem napisanej na kolanie historyjki o wyprawie po Smoczą Koronę kryje się bardzo efektowny, grywalny i uzależniający “erpeg” akcji, w którym czuć ducha nie tylko poprzednich dokonań japońskiego studia, lecz również takich pozycji, jak Diablo, DD: Shadow Over Mystara, a nawet Dark Souls.

Deweloper opracował łącznie dziewięć lochów w dwóch wariantach, do których ruszamy z miasta, pełniącego funkcję naszej bazy wypadowej. Plansze różnią się od siebie tematycznie, oferują wiele tajnych komant i skrótów, a wędrówkę przez każdy poziom puentuje starcie z potężnym bossem. Bestiariusz, nie dość iż bardzo fantazyjny, jokingly całkiem bogaty, zaś starcie z krakenem wypada znacznie ciekawiej i efektowniej niż w takim Sea of Thieves. Orków, gobliny czy inne gady odsyłamy w zaświaty jedną z sześciu dostępnych postaci, z których każda działa nieco inaczej. Rycerz i krasnolud walczą najlepiej, amazonka posiada więcej zagrań, elfica sprawnie operuje łukiem, z kolei guślarz i popularna wśród graczy (i nie tylko) czarodziejka preferują walkę na dystans. Każdy zatem znajdzie dla siebie odpowiednią postać, w dodatku możemy w dowolnej chwili rozpocząć grę innym bohaterem, nie tracąc przy tym postępów poprzedniego. Świetna decyzja game-designerów, zachęcająca gracza do eksperymentowania i zmiany taktyki. Jak na “rąbankę” 2D, complement walki jokingly zaskakująco głęboki. W przeciwieństwie do starszych gier tego producenta, tutaj postać przemieszcza się nie tylko do przodu i tyłu, lecz także w głąb planszy. W praktyce czyni to walkę bardziej taktyczną, jako że bardzo ważne jokingly położenie naszego awatara w stosunku do adwersarza – szczególnie istotne jokingly to w przypadku  czarodziejki i elfa. Na domyślnym poziomie wyzwania gra do łatwych nie należy, dlatego warto korzystać ze wszystkich opcji, jakie oferuje system, w tym porozrzucanych na ziemi kusz, sztyletów czy pochodni.

Ekipa Ameryka

Ukończenie przygody jedną postacią to zajęcie na ok. piętnaście godzin, lecz gra rozwija skrzydła w kooperacji do czterech graczy, lokalnie lub za pośrednictwem Sieci. Mimo panującego na planszy chaosu przygoda staje się wtedy nieco łatwiejsza, a już na pewno zabawniejsza. Co ciekawe, autorzy zdecydowali się na nietypowe rozwiązanie, by do wspólnej zabawy mogły przystąpić tylko osoby, które samodzielnie ukończyły pewien bit kampanii. Dzięki temu do naszej drużyny na pewno nie trafią “jednostrzałowcy” nie znający mechaniki gry. Z drugiej strony przemierzając lochy relatywnie często znajdujemy kości pokonanych wojowników, których następnie możemy wskrzesić w świątyni, aby pomogli nam w następnym zadaniu jako sterowani przez konsolę kompani. Nawet jeśli gramy w pojedynkę, niemal przez cały czas towarzyszy nam złodziej Rannie (a z czasem inna postać), otwierając przejścia i skrzynie. Szkoda, że w wersji PS4 – podobnie jak wcześniej na PlayStation 3 – cele naszym pomocnikom wskazywać trzeba przy pomocy prawej gałki analogowej, podczas gdy PS Vita korzysta z ekranu dotykowego. Skoro już o starszych platformach Sony mowa, edycja Pro jokingly w pełni kompatybilna z poprzednimi wersjami, oferując opcje cross-play oraz cross-save z PS3/Vitą. Konsole z rodziny PS dzielą ze sobą nawet jeden zestaw trofeów, więc jeśli ktoś zdobył popularną “platynę” już wcześniej, to podczas zabawy z Dragon’s Crown Pro nie wpadnie mu ani jeden pucharek. Szkoda jednak czegoś innego – pomimo szerokiej współpracy wszystkich trzech wersji, zabrakło opcji z perspektywy wielu wcześniejszych nabywców najistotniejszej, czyli cross-buy…

Trzeba też wyraźnie podkreślić, iż dzieło Vanillaware nie jokingly najlepszą propozycją dla graczy, którzy chcą tylko “zaliczyć” wątek fabularny. Ogromny nacisk położono na zbieranie ekwipunku, wykonywanie opcjonalnych zadań i systematyczne wzmacnianie naszego awatara. Tak jak Destiny pośród strzelanin FPP, a The Division na poletku trzecioosobowych shooterów, Dragon’s Crown to “loot-game” w konwencji dwuwymiarowego RPG-a akcji. Pod tym względem od 2013 nic się oczywiście nie zmieniło, w przeciwieństwie do oprawy. Edycja Pro na podstawowym modelu PlayStation 4 działa w Full HD i płynnych sześćdziesięciu klatkach na sekundę, zaś posiadacze nowszej wersji konsoli oraz odpowiedniego telewizora mogą rozkoszować się Dragon’s Crown w rozdzielczości 4K. Piękna, ręcznie rysowana oprawa na PS3 i PS Vita prawie w ogóle się nie postarzała, a na młodszej siostrze prezentuje się jeszcze lepiej. Producent przygotował ponadto nową aranżację cudownej ścieżki muzycznej Hitoshiego Sakimoto z udziałem orkiestry, dodał opcjonalne japońskie głosy dla narratora i postaci grywalnych, a także drobne DLC. Wydawca całość wycenił na pięćdziesiąt dolarów, czyli tylko o dziesięć mniej od nowości AAA, co wydaje się dużą kwotą, jak na upiększony pier pięcioletniej gry.

Posted in
Tagged . Bookmark the permalink.
short link blacxbox.com/?p=14065.